Nie-dzielni piloci…

W niedzielę wiatr  z nas zakpił… Choć prognozy i węch najstarszych Kaszebów wskazywały na klif, od rana wiało wschodem z południową odchyłką, więc większość z nas, zahaczywszy o Mechelinki, udała się na wschodnią.

Gdy tylko tam dotarliśmy, zgodnie z prawem Murphiego wiatr ukradkiem i znienacka cichł i odkręcał powoli na klif, a my, oglądając jak Kierownik lata jeszcze resztką woli, montowaliśmy modele. Rzuciwszy ze 3 razy, lądując za każdym razem po 2 zakrętach, stwierdziliśmy, że wracamy i po 2 godzinach tułaczki zlądowaliśmy w punkcie wyjścia. Ale było warto.

Chorągiewka była prostopadła do klifu. Wiały ze 3-4 metry, więc doktor rozładowując aggro współzawodnictwa zarządził trening na bazach. Latały: Sting, Vicos, Eliptyk, Barakuda i Mefisto.

Na początku wiało mocniej, potem coraz słabiej. Mimo szczerych chęci 70s nie pękło 😉

Pękła za to Barakuda. Przed dolatującą na oparach na ścieżkę podejścia, wyrosła nagle sosenka. Zabrakło 10 cm – zahaczyła ją dosłownie wingletem. Dzięki temu skutki nie były dotkliwe – obracając się ze 2 razy na sekundę model zaliczył „lądowanie autorotacyjne” i jak nosek klonu opadł na ziemię. Aby przed MP nie doznać traumy, pilot zdecydował się na ponowny, jak się okazało, równie dramatyczny lot, gdyż model, rwąc się w powietrze „wysmyrknął” się z ręki, stanął dęba i pikując, przeleciał 5cm nad zboczem klifu. Zakończył lądowaniem na zboczu, między konarami, na których całkiem niedawno Storm połamał skrzydło. Trzeci lot przełamujący traumę był nie mniej od poprzednich pełny dramatyzmu. Uszkodzony (jak się później okazało) popychacz steru statecznika skierował model w nasze ulubione brzózki, a dokładniej w jedyne wśród nich krzaki, które zamortyzowały upadek, dzięki czemu 3. raz z rzędu modelowi spadającemu z 5 metrów praktycznie nic się nie stało.

Tego dnia barakudy, od morza (choć niedużo brakowało) i powietrza, okazały się woleć… krzaki.

Wiatr nie dał solidnie potrenować przed MP, ale jeszcze nie wszystko stracone – zostało kilka dni.

Podziel się z innymi