German Open F3F 2017 moim okiem

German Open F3F 2017 moim okiem

Dzień pierwszy

Wyjazd na te zawody był całkiem inny niż wszystkie dotychczasowe. Po raz pierwszy jechałem jako latacz, a nie zawodnik. Okazuje się, że różnica występuje jeszcze przed zawodami na etapie przygotowań, a w tym przypadku na ich braku. Już w drodze przypomniałem sobie, że nie mam nadajnika. Spokojnie zawróciliśmy (na zawody wiozłem Antka). Wyjechaliśmy w czwartek, aby cały piątek przeznaczyć na trening. Po drodze zrobiliśmy sobie krótką przerwę w Stralsundzie, aby zwiedzić jego piękną starówkę. Na miejsce dojechaliśmy wieczorem po zmroku. Nasza ekipa, z wyjątkiem Andrzeja, była na miejscu i już po treningu.

Dzień drugi

Piątek to dzień treningowy. Latamy na klifie w Witt.
Jest to wysokie zbocze porośnięte częściowo krzakami i drzewami. Nosi słabiej niż w Mechelinkach, lecz można na nim uzyskiwać większe prędkości. To taki paradoks, którego nie umiem wytłumaczyć. Latamy z bazami. Każdy pilot ma mierzone trzy loty. Pierwszy z klasycznego wyrzutu, pozostałe ze startu lotnego. Potem następny z długiej kolejki wyznaczonej leżącymi na ziemi modelami. Po locie trudne zadanie polega na bezpiecznym lądowaniu. Trochę nas przy tym wyłomotało, ale za to wszyscy wiedzieliśmy, jak lądować podczas zawodów. W sumie tego dnia latałem z Antkiem dwukrotnie i zabrakło nam cierpliwości, aby czekać na trzeci raz, gdyż na zbocze dojechało wielu nowych zawodników.

Dzień trzeci

Briefing o 9:00. Kilka informacji, losowanie pierwszego zawodnika i jedziemy na zbocze. Parkowanie daleko od zbocza. Idziemy pieszo. Pierwszy dzień zawodów odbył się w tym samym miejscu co trening. Różnica polegała jednak na tym, że zamienione zostały bazy, aby poprawić logistykę lądowania. Ponieważ do lądowania szło się kilka minut, za bazą wisiało czasami po 5 modeli. W tych sytuacjach sędziowie spowalniali starty, aby rozładować tłok w powietrzu. Niestety taki tłok spowodował kraksę modelu Jurka, który stracił go z oczu i rozbił u podnóża klifu. Akcja szukania zbierania części modelu, serw i wolframów trwała dwa dni. Loty szybkie. Czołowi zawodnicy pokazują, na co ich stać. Widać, że Austria ma niezły wyrównany zespół. Niemcy dwóch rewelacyjnych pilotów, ale brak im trzeciego.
Loty przebiegają sprawnie. Udaje mi się uzyskać życiówkę. Poprzednią zrobiłem na tym samym zboczu podczas Mistrzostw Świata w 2012 r. Coś jest w tym zboczu, że daje prędkość.
Współpraca w zespole bardzo dobra. Po Niemcach jesteśmy największą grupą narodowościową. Wzajemnie pomagamy sobie przy startach, odprowadzaniu do lądowania, rejestrowaniu lotów kamerą. Pewnym utrudnieniem przy lądowaniu był bieg długodystansowy, którego trasa przechodziła idealnie na podejściu do lądowania. Tego dnia udało się rozegrać 5 kolejek. Pewne kłopoty sprawiła nowa aparatura do pomiaru czasów i prawie cały czas lataliśmy na starej.
W sumie dzień zaliczamy do niezłych (jedynie strata modelu Jurka…). W trakcie lotów kilka modeli rozbija się dokumentnie. Kilku słabych pilotów wycofuje się i nie lata. Wieczorkiem spotkanie przy piwie i innych wynalazkach. Jak na sportowców przystało, wszyscy zachowują rozsądek i szybko kładziemy się spać. Nie wspominam o drobnych naprawach, które w tej dyscyplinie są codziennością. Pełnych wyników brak. Są tylko po trzech kolejkach. Antek na 4 pozycji.

Dzień czwarty

Briefing o 8:30. Latamy w Goor. Kłopoty z parkowaniem. Z roku na rok stosunki z właścicielami posesji coraz trudniejsze.
Zbocze podobne. Wiatr słaby. Przyzwyczajeni do świstu modeli, dziś w powietrzu cicho. Wiatr na początku wieje do 7 m/s a potem cały dzień systematycznie słabnie. Zaczyna kropić, a potem padać. Zastanawiamy się nad definicją deszczu. Dochodzimy do wniosku, że deszcz jest wtedy, gdy ogłosi to sędzia. Przerwa w lotach też mierzona za pomocą różnych zegarków. Oficjalnie po 18 minutach (nieoficjalnych wartości nie będę podawał) kontynuujemy loty.
Najlepsi latają najszybciej. Słabsi wolniej. Lądowania komfortowe w stosunku do dnia poprzedniego, lecz kilka modeli wywinęło parę efektownych koziołków. Zespół cały czas zwarty, z atmosferą i nastawieniem na najlepsze wyniki, na jakie każdego z nas stać. Tak jak poprzednio, wymieniamy informacje o balastowaniu i wrażeniach z lotu. Omawiamy taktykę, jak lecieć, aby było najlepiej. Brak nam jedynie oszczepnika, który by ciepnął modelem na 100 m :). Organizatorzy decydują, że przed zapadnięciem ciemności puszczą jeszcze jedną grupę z następnej kolejki. W tej grupie jest Antek i ja. Po zakończeniu Antek jeszcze sobie potrenował i okazało się, że zrobiliśmy błąd taktyczny latając na lekko. Andreas latał na 3kg i uzyskał najlepszy czas. My lataliśmy w tych samych warunkach na pusto lub z niewielką ilością balastu.
Wieczorem bankiet. Tradycyjnie spotykamy się w „stodole”. Imprezę obsługuje ta sama firma kateringowa co zawsze, oferując smakołyki na ciepło i zimno. Piwo i inne delikatesy w naszej ekipie z umiarem. Po 22 rozchodzimy się do kwater.

Dzień piąty

Briefing został zapowiedziany na 8:30 na zboczu w Goor. Większość zawodników stawia się na zboczu punktualnie. Organizatorzy przybywają chwilę później, rozpoczynają rozkładanie sprzętu.
Wiatr bardzo silny, idealnie prostopadły. Balastowanie do regulaminowych obciążeń. Już pierwsze loty pokazują, że będzie to najszybszy dzień. Na początek dwie pozostałe grupy kończą kolejkę, którą zaczęliśmy wczoraj. Lot Jurka długo utrzymuje się jako najlepszy czas dnia. Lądowania karkołomne. Tylko mistrzowie nic sobie z tego nie robią i lądują do nóżki. Ekstremalne warunki wypłoszyły kilku kolejnych zawodników. Czekamy z Antkiem głodni ostrego latania, lecz deszcz przerywa loty. Czekamy… Gdy deszcz pada mocno, zawodnicy z modelami ewakuują się do samochodów. Na placu pozostają tylko organizatorzy. Postanawiają czekać do 14:00. Deszcz nasila się. Pierwsi zawodnicy postanawiają jechać do domu. Wśród nich Duńczycy, Rysiu i Leszek. Leje coraz mocniej. Z Antkiem czekamy. Reszta chłopaków jedzie ogarnąć kwaterę i spakować się do drogi.
O 12:00 pytam organizatorów, czy planują zakończyć wcześniej. Postanawiają siedzieć w deszczu do 14:00. W tym momencie na stertę oddanych numerów startowych kładziemy nasze. Żegnamy się z nielicznymi, którzy zostali i organizatorami. Dajemy znać kolegom, jaką podjęliśmy decyzję i wracamy do domu.

Podsumowanie

Impreza udana – mimo przerw spowodowanych deszczem odlataliśmy 10 kolejek. Z perspektywy lat widzę jak zmieniają się style latania, modele. Widać też, że czas nie oszczędza samych zawodników. Część z nich uległa wypaleniu, część walczy. Po raz pierwszy nie było Francuzów, Anglików i Słowaków. Prognozując z fusów, co się będzie działo za rok na Mistrzostwach Świata, wydaje mi się, że największe szanse na zwycięstwo zespołowe mają Austriacy, choć też widzę oznaki wypalenia. Zaskoczyć mogą jednak nieobecni Francuzi. Obserwując trening wydawało mi się, że Niemcy na chwilę obecną nie mają równego zespołu. Jest dwóch rewelacyjnych zawodników i brak trzeciego, który by im dorównał. Zawody pokazały jednak, że Siggi jest niesamowicie waleczny. Duńczycy raczej nie będą się liczyć w stawce. W zespole czeskim bez Filipa nikt nie brylował.
Nieodgadnieni są dla mnie Hiszpanie.
W klasyfikacji indywidualnej duże szanse na tytuł widzę dla Martina, Torstena. Zaskoczyć mogą Francuzi. Duże szanse na dobrą pozycję widzę dla naszego zespołu. Staje się on coraz bardziej wyrównany i nieoddający łatwo pola. Dobra współpraca wróży kolejne postępy. Konieczne jest kontynuowanie udziału w jak największej ilości zawodów zagranicznych ze wskazaniem na Danię
i koniecznie zgrupowanie na Rugii.

Jakub

Podziel się z innymi